Problematyczne momenty w życiu fobika cz. II: Praca

Na ten temat to poematy mogłabym napisać.

Zacznę od czegoś, co na samym początku powinniście wiedzieć przy tym temacie. Fobik nie jest leniem, któremu nie chce się nic robić i nie ma w życiu żadnych marzeń, ambicji czy wydatków. Ten ma. A mimo to, bardzo często dla niego praca i to, co z nią związane bywa koszmarem.

Już samo poszukiwanie pracy to nieprzyjemne doświadczenie. Urzędy pracy to dość odstręczające instytucje, w których panują pewne skrajności. Albo nie spieszą się z zaprezentowaniem oferty, albo próbują wcisnąć coś „na odwal się”, chociaż nie masz ku temu kompetencji, aby tylko mieć cię z głowy.  Że już nie wspomnę o tym, że są to w 90% bardzo słabe oferty. Szukanie na własną rękę, po ogłoszeniach internetowych wymaga z kolei przypływu odwagi. Fobik długo zbiera się w sobie, aby chociaż zadzwonić z pytaniem, czy oferta aktualna i zapytać o szczegóły. Wysłanie CV jest już nieco prostsze, chociaż zdarza się, że wysłaniu dokumentów towarzyszy modlitwa, aby nikt nie odpowiedział…

Ale, o moich problemach z rozmowami telefonicznymi kiedy indziej.

Ok, powiedzmy, że etap poszukiwań mam już za sobą, już gdzieś jestem zatrudniona. Te wszystkie okresy próbne, dziwne umowy i ogólnie ta początkowa sytuacja, gdy nawet nie wiesz, czy na długo tam będziesz potrafi pogrążyć. Bo w tym czasie właściwie nic nie można sobie na dłuższą metę zaplanować. Nie wiadomo, czy za miesiąc, dwa nie będziesz zmuszony do zmiany mieszkania, czy dojazdy nie ulegną drastycznej zmianie. Fobikowi marzy się tylko trochę poczucia bezpieczeństwa, którego mam wrażenie, że dzisiejsza praca nie jest w stanie każdemu zagwarantować…

Fobik obawia się pracy także ze względu na ludzi, jacy mogą się w niej znaleźć. Czy to szef, współpracownicy, czy klienci. Bo nie ma pracy na świecie, która byłaby od ludzi odcięta. Zawsze jest tak, że robisz coś za pieniądze dla kogoś innego. Dajesz do wynajęcia swój czas innym. A perspektywa, że musisz z tymi ludźmi spędzać po 8 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu to czasami za wiele…

Na pocieszenie dodam, że zaczęłam szukać pomocy w związku z tymi lękami. Bo wiem, że praca to sytuacja, przed którą nie da się uciekać, ani jej ominąć. Nawet widzę w niej szansę na rozwój, oraz na to, aby zgromadzić pewne zasoby finansowe, które sprawiają, że człowiek może pozwolić sobie na pewne wydatki, a także cieszyć się większym poczuciem bezpieczeństwa.

Na razie tyle.

Reklamy

Nauczanie z innej perspektywy

Jeszcze nawiążę tutaj do tematu szkoły i nauczania, bo wczoraj miałam okazję, aby po raz pierwszy spojrzeć na ten temat z drugiej strony barykady. Poprowadziłam moje pierwsze warsztaty z tematu, w którym się specjalizuję, manualne, także kreatywne. Miałam 4 osoby, którym chciałam jak najlepiej przekazać wiedzę i umiejętności. W trakcie zajęć i po nich miałam na ten temat kilka przemyśleń.

  1.  Niech mi ktoś jeszcze spróbuje wmówić, że ja nic nie umiem. Niech no tylko jeszcze raz powie, że nie mam dużego doświadczenia… Niech sobie ta osoba porówna, jak robię to ja i ktoś, kto naprawdę ma styczność z tym zadaniem po raz pierwszy i wynik będzie oczywisty. Ja umiem wiele. Mam specjalizację w dziedzinie, która wcale nie jest jak oddychanie dla wszystkich. Serio!
  2. Czynność, która mi zajmuje 20 minut, osobie początkującej zajmie dwa razy tyle. Przy planowaniu warsztatów, trzeba to uwzględnić i tak zorganizować na nie czas, aby było go nawet trochę za dużo, niż trochę za mało.
  3. Przekazywanie wiedzy nie jest proste. Co innego jest coś po prostu samodzielnie zrobić, a co innego o tym opowiadać w taki sposób, aby było to zrozumiałe dla innych. Mimo, iż się trochę denerwowałam, próbowałam wszystkim wyjaśnić jak najlepiej co należy w danej chwili robić. Mam nadzieję, że coś zapamiętali.
  4. Choć się denerwowałam, inni później mówili, że wyglądałam na osobę spokojną (po warsztatach słuchałam opinii uczestników)
  5. Uczestnicy mówili także, że czuli się otoczeni opieką i nie pozostawieni sami sobie. To mnie naprawdę bardzo ucieszyło, gdyż siłą rzeczy zdarzały się momenty, gdy uwagę poświęcałam tylko jednej osobie, a reszta musiała poczekać.
  6. Czas przeleciał mi nie wiadomo kiedy, a w trakcie trwania warsztatów nie myślałam o tym, ze się stresuję nową sytuacją… po prostu nie miałam na to czasu.
  7. Ktoś stwierdził, że gdybym kiedyś robiła drugie warsztaty, przyszedł by z chęcią:)

Chciałabym podziękować wszystkim za wspólnie spędzony czas, za szansę, abym mogła sprawdzić się w zupełnie nowej roli, oraz za to, że mieli w sobie determinację, aby zadanie wykonać od początku do końca, a efekty były rewelacyjne!

Problematyczne momenty w życiu fobika cz. 1: Szkoła

Nauka jest ważna, potrzebna, w końcu dziś trzeba mieć „papier na rozum”, jak to mawiała kiedyś moja pani doktor. Szkoła, szkolenia, warsztaty, studia, kursy itp. mają jednak pewne cechy, które fobika potrafią mocno przytłoczyć.

Szkoła to na początku nowe miejsce i ludzie. Ze zmianą miejsc zawsze mam problemy, bo ja, jak się już do jednego miejsca przyzwyczaję i jest mi tam dobrze, to nie chciałabym go zmieniać. A gdy jest źle, to nieraz boje się, że będzie jeszcze gorzej. W czasie edukacji jednak zmienia się wiele. Żadna szkoła nie trwa w nieskończoność, studia tym bardziej, chociaż na początku 3 lata licencjackich wydają się trwać w nieskończoność. Cykl semestralny, zajęcia, sesje, wakacje i po nich wszystko od początku sprawiają, że czas ten przeleci nie wiadomo kiedy. I trzeba iść dalej, czy się to podoba, czy nie.

Ludzie trafiają się bardzo różni. Czasami grupa już 15 osób potrafi być przekrojem przez całe społeczeństwo i wszelkie możliwe charaktery. Jedni są mili, inni niekoniecznie. Jedni są bardziej koleżeńscy i nastawieni na współpracę, inni nie. Może na studiach to się trochę zaciera, bo w końcu im bardziej jesteśmy dorośli, tym bardziej dbamy o pewne pozory, ale wszystko do szkoły średniej włącznie potrafi dać w kość.

Nauczyciele to także przekrój przeróżnych charakterów. Przy niektórych aż chce się uczyć i przedmiot wydaje się szalenie interesujący, choć z pozoru wydaje się nieciekawy. Inni z kolei tacy, że najchętniej uciekałoby się ze wszystkich ich zajęć, gdyby nie fakt, że obecności także są brane pod uwagę.

Szkoła dla fobika jest także trudnym okresem z powodu, który moim zdaniem najlepiej pokazuje ten obrazek:foto_3fde3b15631ff7257ab1b501f072799d_org

Gdy w danej chwili przyjdzie „moda” na jakieś cechy i umiejętności, wszyscy maja je posiadać. Kto radzi sobie gorzej, ten odpada. I tak oto powstają już od najwcześniejszych lat podziały na „głupich” i „mądrych”, „zdolnych” i „niezdolnych”, „z przyszłością” i „bez przyszłości”.  W momentach, kiedy można by jeszcze wiele wypracować i zdziałać, gdyby tylko zwracano uwagę na indywidualne predyspozycje. Indywidualnym podejściem można by przynajmniej nie złamać komuś życia już na samym starcie. Jak wielu mogło by to pomóc.

Problematyczne momenty w życiu fobika

Wczoraj się rozpisałam o moim zdaniem najgorszym, co może spotkać fobika. Był to wpis o zarzutach, że cała ta fobia to udawanie tylko po to, aby wymigać się od obowiązków i nic nie robić. Najwięcej było tam oczywiście o pracy i karierze zawodowej, bo są to tematy, do których chyba najłatwiej się przyczepić, ale nie są to jedyne sytuacje, w których fobikowi można łatwo zarzucić „niechciejstwo” albo miganie się. Wymienię tutaj sytuacje, w których mój lęk naprawdę przekracza pewne granice i sprawia, że odczuwam całe spektrum dolegliwości fizycznych, panikuję, albo staje się nadmiernie apatyczna. Ja u siebie wyróżniłam na razie 9 takich sytuacji, jeśli coś sobie przypomnę, pewnie to dopiszę. Są to:

  1. Szkoła
  2. Praca
  3. Randka
  4. Impreza
  5. Podróże
  6. Załatwianie spraw urzędowych
  7. Rozmowa telefoniczna
  8. Spotkania rodzinne
  9. Kłótnie

Najgorsza rzecz w byciu fobikiem

Dzień miałam dzisiaj bardzo miły, spokojny, także nie mam paskudnego humoru. Naszła mnie dziś jednak pomimo to pewna refleksja. Czasem tak jest, że niektóre mniej pozytywne sprawy nie dają się totalnie usunąć w cień i nie mogę udawać, że w ogóle nie istnieją. Dla mnie pisanie jest częścią terapii. Napisane ma nawet mocniejszą moc niż powiedziane i łatwiej mi się dzięki temu z pewnymi rzeczami uporać.

Co moim zdaniem jest najgorsze w byciu fobikiem? To, że zawsze znajdzie się taki ktoś, kto twierdzi, że symuluję. Że cała ta fobia to tylko taka próba znalezienia sobie wygodnej wymówki usprawiedliwiającej fakt, że jestem leniwa, nic mi się nie chce i na niczym mi nie zależy. Zazwyczaj w parze z tym idą także podejrzenia o roszczeniową postawę wobec państwa i korzystanie z każdej możliwej pomocy socjalnej i „tylko ci ciężko pracujący ludzie muszą płacić na takiego darmozjada”.

To, że Wy nie wiecie co to fobia społeczna, to nie znaczy, że ona nie istnieje i ktoś inny ją sobie wymyśla. Gdybym symulowała, to jakaś szkoła aktorska czy filmowa już powinna zainteresować się moim talentem. Bo nie wiem, czy dałoby się udawać taki lęk i różne towarzyszące jemu objawy, włącznie ze zwracaniem treści żołądka bez prowokowania tego. Że o innych rzeczach nie wspomnę.

Pragnę Was uspokoić. Ja nie korzystam z żadnej pomocy socjalnej. Nie mam niezdolności do pracy ani żadnego stopnia niepełnosprawności, więc nie przysługują mi żadne renty ani specjalne świadczenia. Nawet szczerze mówiąc nie wiem, czy w przypadku fobii coś takiego przysługuje, nigdy nawet nie zainteresowałam się tym tematem. Podejrzewam jednak, że są to bardzo szczególne przypadki i raczej krótkoterminowe. W dodatku suma tych świadczeń raczej mnie odstręcza, bo uważam, że stać mnie na więcej.

Kiedy pracuję utrzymuję się z pracy, kiedy nie, to nie mam żadnych dodatkowych źródeł dochodu. Nie mam garstki dzieci, na które pobierałabym 500+, nie siedzę na wiecznym zasiłku. Moje ubezpieczenie także jest kwestią tego, czy pracuję, czy jestem zarejestrowana jako bezrobotna, czy samodzielnie opłacę sobie ubezpieczenie. Także spokojna głowa, nie zabieram Wam Waszych ciężko zarobionych pieniędzy.

Druga sprawa. Ja mam ambicje i chęć do tego, aby coś w życiu osiągnąć. Realizować się w czymś i wiedzieć, że coś to daje. I mi i innym. Mieć źródła dochodu, bezpieczeństwo życia. Oto esencja pracy. Wychodzi mi to raz lepiej a raz gorzej, bo dzisiejsza praca to dla fobika nieraz dość ciężka rzeczywistość. Gdy pracuje na całym etacie, musi aż 8 godzin dziennie spędzać z ludźmi. Różnymi ludźmi. Czasem tego nie wytrzymuje. Umowy śmieciowe, okresy próbne, czy różne dziwne warunki też mu w lepszym samopoczuciu w pracy nie pomagają.

Fobik ten także rozwija swoje umiejętności. Robi kursy, szkolenia, uczestniczy w warsztatach, aby mieć wiedzę, umiejętności i chociaż dzięki temu mieć szansę na to, że ktoś stwierdzi, że jednak taki beznadziejny nie jest.

Ma swoje hobby, dość pracochłonne, także nawet w wolnych chwilach nie siedzi z nogami na lampie popijając piwko i myśląc o tym, jak tu jeszcze nic nie robić i wyciągnąć pieniądze z budżetu państwa.

Zaczął szukać pomocy, ale to nie znaczy, że od pierwszej wizyty cały jego lęk zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Także spokojna głowa, krzywdy wam nie robię, nie róbcie jej też i mi. Oto moje jedyne roszczenie wobec Was.

 

Fobik u fryzjera

Jako, że w końcu miałam natchnienie, aby zadzwonić i umówić wizytę u fryzjera i nawet na nią dotarłam, dokonałam pewnych obserwacji. Ogólnie moje podejście do fryzjera wygląda nastepująco

  • bardzo lubię, kiedy ktoś coś robi z moimi włosami. Obojętnie, czy myje, czesze, obcina, suszy, bardzo to lubię
  • podczas wizyty czuję jednak, że jestem „zobowiązana” do rozmowy, w dodatku inni widzą, jak moje włosy dopiero są układane, a w fazie przejściowej nie zawsze wyglądam jak gwiazda:)

Dzisiaj nie poszłam jakoś bardzo zestresowana, byłam już po całym dniu, więc po prostu do salonu przyszłam, powiedziałam na jaką godzinę i zaczęły się prace nad moimi włosami. Miały zostać umyte, przycięte i wycieniowane. Później było jeszcze suszenie i ułożenie ich na okrągłej szczotce.

Może dlatego, że dziś byłam już trochę zmęczona, wrzuciłam na większy luz i nie czułam się zbytnio zobowiązana do rozmowy. Tak sobie myślę, a może niech wiedzą, że  małomówna ze mnie osoba, ludzie w końcu są różni, nie wszyscy muszą być wygadani. Na pytania odnośnie włosów odpowiadałam raczej miło, nawet z uśmiechem, w końcu być życzliwym wobec innych nie boli. Nawet nie zauważyłam kiedy, ale nawet udało się trochę pogadać z Panią fryzjerką. O włosach, o pracy w fryzjerstwie i czy sama obcina sobie włosy, o tym, czy dużo jest pracy w salonie. W końcu nawet i tematy nie związane z fryzjerstwem. Nie byłam przy tym jakaś przestraszona czy spięta, rozmowa szła raczej swobodnie. A dzięki temu też bardziej myślałam o tym, że bardzo relaksuje mnie, gdy ktoś coś robi z moimi włosami:)

 

Próba scharakteryzowania mojego lęku

Przykład z dzisiaj. Znowu było mi dane zetknąć się ze sprawą, przed którą odczuwam lęk chyba najpoważniejszy. Nie umiem go na razie pokonać, nie umiem się mu postawić, ignorować też nie potrafię, przez niego zaczęłam szukać pomocy. Jedyna sytuacja, gdy on gaśnie jest wtedy, gdy ta sprawa oddali się ode mnie i chociaż przez jakiś czas nie muszę się nią zajmować. Czysta prokrastynacja. Bo tej sprawy nie będę w stanie odkładać w nieskończoność. Prędzej czy później będę musiała się z nią zmierzyć, to nieuniknione. Któryś już jednak raz w jej obliczu mnie paraliżuje, nie umiem nic zdziałać, ani nie umiem się całkowicie postawić… Czekam, aż po prostu przejdzie.

Dziś przeglądam maile i wśród nich jest pewna wiadomość, od której dreszcz mnie przeszedł i takie znajome zimno od środka. Przyspieszone tętno, bicie serca, oddech płytszy. Przeglądam i modlę się, aby nic dla mnie nie było.A tu…

(Dialog wewnętrzny)

-Hm, serio? To nie chcesz w końcu pokonać tej bariery, stawić czoła temu lękowi, chociaż spróbować????!!!!

-Powinnam pewnie… w sumie byłoby prędzej, niż później, zawsze mogłabym zrezygnować, przecież tyle razy analizowałam już każdą opcję i wiem, jak by się to skończyło w najlepszym i najgorszym wypadku… ale to chyba nie jest najlepszy czas właśnie teraz?

-To przez ten zaplanowany urlop? Dopiero o nim rozmawialiście, to są wstępne plany, nic opłacone, nic zamówione, jakbyś powiedziała, że inny termin pasuje, pewnie by to spotkało się ze zrozumieniem. A w tym nowym miejscu byś porozmawiała, zapytała o opcje urlopu w tym terminie i może jednak dałoby się coś wykombinować?

-Dało albo i nie dało. Z jednego stresu zrobi się drugi, zmieni się temat na inny tylko. Poza tym, a propos tego mam ambitniejsze plany, wolałabym się na tym skupić, a nie martwić jeszcze o jakiś wyjazd, może lepiej poczekam do końca lata, będzie spokojniej…

(Na razie koniec dialogu wewnętrznego)

Mam problem z pewnymi panami. Takimi, których poznaję na portalach społecznościowych, najczęściej na różnych grupach tematycznych (wbrew pozorom nie tylko randkowych). Mają oni w zwyczaju już na wstępie, a maksymalnie po kilku wiadomościach zaproponować seks. Seks w przeróżnej postaci. Od zwykłego spotkania na zaspokojenie potrzeb, poprzez regularne „dyskretne i namiętne” znajomości na raz, góra dwa w tygodniu, ale „możemy się dogadać”, mogą także zaproponować spotkania sponsorowane, wystarczy tylko podać stawkę, albo pozwolić im opłacić pokój w hotelu.

Czasem chcą ode mnie zdjęcia, ale nie twarzy, czy ze spaceru… Potrafią przesłać swoje, a w zasadzie konkretnych części własnego ciała w odpowiednim zbliżeniu. Albo po prostu bez ubrania, myśląc, że może nie chcę kupować kota w worku i wolę najpierw dokładnie obejrzeć „towar”.

Są wytrwali. Olanie ich czy odpowiedź odmowna wcale nie zniechęca, a czasem wręcz przeciwnie. Osobiście przeraża mnie myśl, że mogłabym takiego w rzeczywistości spotkać.

Tak chcecie wzbudzić zainteresowanie? Osiągacie efekt odwrotny od zamierzonego, bo od wielu takich wiadomości aż mnie cofa.

Jesteście gotowi płacić za seks? Wiecie, istnieją agencje towarzyskie.

Ja nie mam awersji do seksu. Takie zachowania dla mnie są jednak zbyt szybkim skracaniem dystansu. Przeszkadzają mi rozmowy z obcymi o seksie, nagie zdjęcia, które otrzymuję, bo to naruszenie pewnych zasad. Jestem obcą osobą. Ty też jesteś. Nie bombarduj mnie rzeczami, których obcy oglądać nie chce, a nawet nie powinien.

Powrót

W sobotę wróciłam do życia towarzyskiego po długiej przerwie. Przez „życie towarzyskie” rozumiem spotykanie się z ludźmi poza pracą, internetem, warsztatami, kursami i wykładami. To jest czas wolny, przeznaczony tylko na to, aby być z innymi.

Była ku temu właściwa okazja, bo koleżanka, której nie widziałam już dawno  wyprawiała urodziny. Miałam więc świetną okazję do pokazania, że o niej pamiętam.

Urodziny robiła w miejscu, którego nie kojarzę, w dodatku miało być tam mnóstwo osób, których nie znam, oraz co najmniej dwie, z którymi miałam jakiś czas temu pewne nieporozumienia, więc długo zastanawiałam się, czy na pewno pójdę. Ostatecznie wygrała chęć spotkania i to, że przygotowałam dla niej prezent, który bardzo chciałam przekazać. Ważnym czynnikiem była też myśl, że im dłużej będę odkładać moment ponownego wyjścia do ludzi, tym bardziej będę działała na szkodę sobie. Bo lęk nie jest mniejszy, gdy zamiast dziś pójdzie się na spotkanie za tydzień. On zostanie tylko odroczony w czasie, to czysta prokrastynacja.

Centrum Warszawy w sobotę ok. 21 to miejsce o niesamowitym klimacie. Nie jest, jak za dnia,  pełne zagonionych, przepracowanych, zmęczonych wszystkim ludzi. Oni przez te dwie noce praktycznie nie śpią i łapią imprezowy klimat. Ludziom udziela się bardzo imprezowy nastrój w niemalże każdym tego słowa znaczeniu. Jedni się śmieją, tańczą na ulicy, robią zdjęcia i zakupy na potrzeby domówek czy spotkań nad Wisłą, które przy obecnej pogodzie powróciły do łask. Są też i tacy, którzy wpadają na Ciebie z pełnym impetem, bo pod wpływem zamroczenia alkoholowego trudniej jest zapanować nad równowagą i sposobem chodzenia, a o usłyszeniu od nich chociażby „przepraszam” można zapomnieć, są i tacy, którzy zaczepiają dziewczyny takie jak ja, które na chwilę zatrzymają się, aby wyciągnąć telefon i sprawdzić jeszcze raz lokalizację miejsca, do którego zmierzam i przemyśleć trasę przedostania się tam. To jednak tylko drobne minusy, które nie przesłaniają mi jego zalet.

Udawałam, że nie słyszę zaczepek, albo próbowałam rzucić jakąś krótką odpowiedź i czym prędzej uciekać dalej. To nie był mój dzień na poznawanie nowych ludzi. Mimo to, udało mi się znaleźć miejsce, w którym odbywały się urodziny i mogłam najbliższe godziny spędzić w miłym, nieco spokojniejszym miejscu. Były nowe osoby, ale i kilka znajomych, z którymi można było słowo zamienić i czas bardzo szybko upłynął. Choć może nie byłam duszą towarzystwa, wyszłam z domu i spędziłam w mieście z ludźmi trochę czasu.

Każdy sukces jest ważny.

 

 

Tyle rzeczy chciałabym tutaj napisać…

…a tymczasem o wielu po prostu nie umiem. Choć nie zastanawiałam się jeszcze nad celami, w jakich powstał ten blog, ale jeden z nich właśnie dziś został doprecyzowany w mojej głowie. Mam zacząć pisać szczerze o swoich uczuciach, myślach i postępowaniu. Nie zawsze będę pisać od razu i o wszystkim, ale inaczej po prostu nie umiem. Nie dlatego, że jestem nieszczera, po prostu przez zbyt wiele lat nie okazywałam zbyt wielu uczuć nawet przed samą sobą i czasem nie umiem ich określić. Przez wiele lat okazywanie uczuć= słabość. W pewnych sytuacjach to nawet pomocne, ale nie zawsze. Te lęki, stresy, złość, które we mnie są to poniekąd wynik tego, że o wielu rzeczach mówi po prostu nie umiem.

Dla przykładu napiszę, że pierwszy raz moją fobię jako coś, co bardzo mi ciąży określiłam dopiero jakieś 2 tygodnie temu.